sobota, 1 listopada 2014

~2

O 8 rano obudził mnie telefon. Usłyszałam głos Jacka. - Hej Jess, nie przeszkadzam? Mam nadzieję, że nie spałaś- speszył się, tak jakby dopiero pomyślał o tym, że każdy normalny człowiek może jeszcze spać o tej godzinie.- Chciałem zapytać czy nie chciałabyś pomóc mojemu bratu w naniesieniu poprawek na projekt jego nowego domu. - Praca! Tego właśnie potrzebuję. - Jeśli byłabyś chętna to wpadnij dziś do mnie około 19. Pasuje ci ta godzina?
- Tak, będę o 19. - Pożegnałam się z chłopakiem zaspanym głosem i powróciłam do mojej ulubionej czynności - snu.

*****


- I co Wilshere, jak się gawędziło z tą panienką? Nową wyrywasz? O Lauren już zapomniałeś?- Bramkarz zastał kolegę z drużyny samego w szatni.
- Przymknij się Szczęsny, nikogo nie wyrywam. Załatwiam tylko bratu architekta. - odparł zmieszany Jack.
- A zapłacisz temu architektowi, a raczej Pani architekt w naturze, nie?- zmarszczył brwi Szczęsny. Był wyraźnie zdenerwowany.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Niczego. Ta dziewczyna powinna spędzić tę noc u mnie. Masz mnie z nią umówić, rozumiesz?- Bramkarz irytował się z każdą minutą coraz mocniej.
- Chyba za mocno dostałeś tą piłką od Rambo. Ty masz narzeczoną frajerze.
- dokładnie Szczęsny. Nie chcę się wtrącać, ale przestań w końcu- włączył się do dyskusji Aaron, który wszedł niezauważony i do tej pory przysłuchiwał się rozmowie w ciszy - Zajmij się swoją dziewczyną a nie innymi laskami - Szczęsny podirytowany wyszedł z szatni, rzucając krótkie fuck off. - A z Tobą Jack jeszcze muszę sobie pogadać.
- Co jest Aaronku? - uśmiechnął się Wilshere
- O jaką dziewczynę chodziło Szczęsnemu?
- O Jess- wyszczerzył się Jack - nie mówiłem ci o niej? Jest piękna,inteligentna, właśnie wprowadziła się do Londynu, skończyła architekturę i jest idealna. Poznaliśmy się dwa tygodnie temu.
- Ty tak na poważnie?
- Co?
- Noo.. z nią..
- A, z Jess, nie no co ty, mówiłem, że nie chcę się wiązać z żadną kobietą, chociaż dla niej.. Ale nie. Nie chcę, nie teraz. Tylko wiesz..Ona jest tu sama, nikogo nie ma, tak sobie pomyślałem, że może się zaprzyjaźnimy, będziemy sobie pomagać i w ogóle.
- To się nazywa friends with benefits mój drogi.
- Co to to nie! Jest zbyt delikatna, chyba mam do niej jakąś słabość. Już ją traktuje jak siostrę! Jak siostrę której nigdy nie miałem.
- Jesteś stuknięty. Kompletnie ci odbiło Jack.
- Dlaczego? - zrobił bardzo mało inteligentną minę Wilshere
- Zachowujesz się jak piętnastolatek. Ogarnij się chłopie. O jakiej nocy mówił Wojtek?
- Wpadnij do mnie o 18, napijemy się czegoś, pogadamy, ok?

*****

Obudziłam się dopiero o 15, jednak po chwili przypomniałam sobie jaka była tego przyczyna. Nie mogłam usnąć przez potworny ból głowy i głupie rozmyślania nad przeszłością aż do 7. Godzinę później ktoś do mnie dzwonił. Usiadłam na łóżku i sprawdziłam z kim rozmawiałam rano, bo za nic nie mogłam sobie przypomnieć kto to był. Jack. No tak! Cholera.. Spojrzałam szybko wychylając się zza drzwi czy Ana jest w domu. Po chwili zorientowałam się, że jestem sama. A co z Aną? Od dwóch tygodni prawie w ogóle się nie odzywamy. Ona żyje w swoim świecie, a ja nie mam zamiaru się przed nią płaszczyć po tym, jak skazała mnie na nocowanie u obcego faceta. Choć Jack okazał się naprawdę wspaniałym człowiekiem. Od momentu gdy się poznaliśmy spotykamy się niemal codziennie. Chyba mi odbiło. Przecież to piłkarz. Oni chcą tylko przygody na jedną noc, ale Jack chyba nie chce ode mnie nic więcej niż zrozumienia. Widzę w nim małego zagubionego chłopca, który nie do końca radzi sobie z sytuacją. Dwójka dzieci i nieudany związek. Widać, że jest mu ciężko. Postanowiłam upiec dla Pana Wilshere jakieś pyszne ciasto. W ramach wdzięczności za to, że stara mi się pomagać jak może. Pytanie tylko co on właściwie lubi. Co lubi każdy? Szarlotkę? Sernik? Może coś czekoladowego.. Brownie będzie najlepsze. Zabrałam się do roboty. Po niecałej godzinie babrania się w mące i innych składnikach udało mi się wstawić ciasto do piekarnika. Pozostało tylko posprzątać. O 18 spojrzałam na zegarek i stanęłam jak wryta. Mam pół godziny. Lekki makijaż, włosy w wysoki kucyk,luźny sweter, jeansy, klasyczne adidasy i gotowa do wyjścia. O mało nie zapomniałam o cieście, ale to już inna sprawa. Czy wyglądam odpowiednio na spotkanie dotyczące poniekąd pracy? Nie. Czy miałam czas na wybranie czegoś innego? Nie. Czy będzie mi wygodnie? Tak. Czy to jest najważniejsze? Owszem.
Kawałek trasy do Jacka pokonałam metrem, resztę musiałam już przemierzyć pieszo. Gdy ujrzałam dom Jacka zawahałam się. Może powinnam wcześniej zadzwonić? Ale jak teraz zadzwonię to nie będzie zbyt mądre. Jess..w zasadzie ty nie jesteś za mądra.. No dobra. Idę! Zapukałam do drzwi.

5 minut wcześniej

- Czyli nic między wami nie było i chcesz się zamienić w Matkę Teresę dla tej dziewczyny, dobrze zrozumiałem? - zapytał z niedowierzaniem Aaron
- Aaronku mój drogi, ja pomogę jej, a ona pomoże mi! Mam nadzieję...
- Niby jak?
- Oj no wiesz, będzie dla mnie jak siostra, od czasu do czasu mi w czymś doradzi, będę mógł się wyżalić, no i wiesz, dzieci będą miały nową ciocię.
- Co ty z tą siostrą? Masz mnie.
- Jesteś facetem pacanie. Wiesz dlaczego uparłem się właśnie na nią? Bo ona jest inna. Widać to gołym okiem. Sam się przekonasz gdy ją poznasz. Nie leci na kasę. Nie obchodzi jej to, że jestem piłkarzem. Nie żeby się tym nie interesowała, tylko po prostu traktuje mnie jak normalnego człowieka, a nie jak jakieś bóstwo. Jest zupełnie inna niż kobiety, które do tej pory poznawałem. Związać się z nią nie mogę. Po pierwsze to za wcześnie. Po drugie to..ja...ja raczej jej nie pociągam.
- Hahahahahaha Jacky mówisz to ty? TY? Przyznałeś się właśnie że nie podobasz się jakiejś kobiecie? Nie wierzę, powtórz jeszcze raz, to to nagram i będę sobie puszczał gdy będę miał zły dzień.
- Nie nie podobam, tylko jej do mnie nie ciągnie. Czepiasz się. Będziesz spał na kanapie za karę. Ignorant. - Jack z obrażoną miną odwrócił się. W tym samym momencie usłyszał pukanie do drzwi.

*****

- Jess! Zapomniałem o Tobie, przepraszam Cię najmocniej, wejdź, za chwilę zacznie padać - powiedział Jack spoglądając na niebo.
- Nie, może jednak przyjdę kiedy indziej, nie chciałabym przeszkadzać.
- Ty nigdy nie przeszkadzasz, chodź poznasz mojego przyjaciela - zaprosił mnie gestem do środka. Zaprowadził mnie do przestrzennego, znanego mi już salonu. Na kanapie zauważyłam chłopaka, nie byle jakiego bo samego Ramseya. Fajnych ma przyjaciół ten Wilshere.- Jessico to jest Aaron, Aaron to jest Jessica - Aaron niemal spadł z kanapy, ale szybko doprowadził się do porządku, odłożył piwo, którym uprzednio się oblał i pocałował moją dłoń. No proszę, jaki gentleman.
- Miło mi poznać - uśmiechnął się, co odwzajemniłam.
- Aaronku zajmij się naszym gościem, a ja pokroję ciasto- uśmiechnął się chytrze Jack
- Nie, ja ci pomogę! - krzyknęłam szybko i poszłam za nim do kuchni. Wspominałam już, że ma piękne mieszkanie? W tej kuchni mogłabym gotować całymi dniami.  Jack zaczął męczyć mnie o to dlaczego nie chciałam zostać sama z Aaronem. Czego on ode mnie chce. Daj mi spokój człowieku. Ramsey w rzeczywistości jest o wiele przystojniejszy. Cholera. Od trzech lat po raz pierwszy ktoś mi się spodobał. Szkoda tylko, że on nawet na mnie nie spojrzy. Ależ ze mnie farciara. Świetnie. Idealnie wręcz. Ale nie pora się zamartwiać tylko wracać do chłopaków, bo stanęłam w kuchni jak idiotka i myślę nad swoim szczęściem, a raczej jego braku.
Wróciłam do salonu. Co robili moi kochani piłkarze? Kto zgadnie? Tak, prawidłowa odpowiedź. Grali w Fifę. Całe życie jeden sport. Jak tak można? Nie powiem lubię tą dyscyplinę, ale nie wszystko kręci się wokół futbolu.
Cały wieczór gadaliśmy, piliśmy, jedliśmy i graliśmy. Nim się obejrzałam była już 23. Oznajmiłam chłopakom, że muszę już iść.
- Jess kochana moja ja Cię odwiozę, spokojnie - wymruczał wstawiony Jack
- Przecież ty piłeś idioto, chcesz zabić tego anioła? - skarcił go Aaron, który był w jeszcze gorszym stanie.
- Anioły i tak nie żyją.
- Ale ty nie jesteś aniołem Jacky.
- Jak to nie? Patrz tu mam.. Ej! Kto mi ukradł skrzydła! Moje skrzydła! - niemal płakał Wilshere. I oni są niby dojrzali? Może coś palili, albo wciągali zanim przyszłam. Raczej nie, ale ich zachowanie było przekomiczne.
- Dam sobie radę - zapewniałam moich kompanów
- Jessi nie ma mowy, zostajesz z nami, albo my Cię odprowadzamy - Aaron na chwilę się ogarnął. Chcę, żeby mnie odprowadzali? Bardziej martwiłabym się, że im się coś stanie, a nie mi. Lepiej będzie jak zostanę, bo Londyn nie jest zbyt bezpiecznym miastem.
Chyba popełniłam błąd, bo Jack przyniósł butelkę wódki. Przynajmniej ma dobry gust. Kupuje Wyborową. Nie chciałam z nimi pić, ale chyba przez bezsilność poddałam się i wręcz kazałam im sobie polać. Miałam dość myśli, które dręczyły mnie przez ostatni tydzień. O północy wszyscy mieliśmy już wyborowe nastroje. Jaka wódka taki humor, nie? Żartowaliśmy z Aaronem z Jacka, przez co kazał nam spać na kanapie. Dowiedziałam się od Ramseya, że jego przyjaciel zawsze tak mówi, gdy się obraża. Jack bawił się w barmana, ale nie wychodziło mu to za dobrze, bo rozlewał wszystko co tylko wziął do ręki. Aaron zaraził mnie głupawką i mało brakowało a tarzalibyśmy się po podłodze zwijając się ze śmiechu. Rozbolały nas brzuchy, zaczęliśmy grać w ich ukochaną Fifę co dość niekorzystnie skończyło się dla Jacka, bo Aaron uderzył go padem w głowę, przy czym ja dostałam kolejnego ataku śmiechu. Pod koniec chłopaki chcieli robić kurs lotnictwa, bo redbull nie dodał im skrzydeł. W takich momentach zastanawiam się ile oni właściwie mają lat.

Obudziłam się o 9, co było dość wczesną porą zważywszy na to, że zasnęliśmy około 3. Zaraz po przebudzeniu ujrzałam, że spałam przytulona do pleców Jacka. Miałam cichą nadzieję, że Aaron tego nie widział. Nie chciałabym, aby coś sobie pomyślał. Nic mnie z Jackiem nie łączy i łączyło nie będzie. To nie mój typ ani urody, ani charakteru. Nadaje się świetnie na przyjaciela, ale nic więcej! No..co innego Aaron.
Wstałam, poszłam pod prysznic, na szczęście w torebce noszę najważniejsze kosmetyki. Umalowałam się, żeby nikogo nie straszyć, wysuszyłam włosy. Spojrzałam na zegarek - 10 rano. Może pora obudzić chłopaków? Najpierw zrobię im jakieś dobre śniadanie. Co Jack ma w lodówce? Wiedziałam, że tak będzie. Nic oprócz sera i piwa. Ma jeszcze pieczywo i butelkę rumu. Wow! Dostanie ode mnie nagrodę gospodarza roku.. Zrobię im tosty, pewnie nieźle będzie ich bolała głowa, więc będę dobrą koleżanką. Na stole znalazły się dwa nakrycia. Przy obu tabletki na ból głowy i kawa. Pora budzić tych śpiochów. Powiedzmy, że będę delikatna. Gdy weszłam do salonu Aaron powoli się rozbudzał.
- Hej Jessi - uśmiechnął się do mnie. Jaki wspaniały uśmiech!
- Dzień dobry - odwzajemniłam uśmiech - obudź Jacka i chodźcie na śniadanie- ponagliłam go i  poszłam z powrotem do kuchni. Po chwili zobaczyłam, że Aaron nie spełnił mojej prośby i przyszedł sam.
- Co z Jackiem?
- Śpi- uśmiechnął się
- Domyślam się, dlaczego go nie obudziłeś?
- Niech jeszcze pośpi. - nadal na jego twarzy gościł szeroki uśmiech - ale jesteś kochana! - powiedział spoglądając na stół.
- Nie przesadzaj Aaron. Może jednak obudzę Jacka? - przyznam, że nie bardzo chciałam tam w tym momencie z nim siedzieć sam na sam. Wprowadzał mnie w zakłopotanie.
- Jak chcesz Jessi - po tych słowach zniknęłam z pola jego widzenia i w popłochu zaczęłam budzić jego młodszego kolegę.
- Jack... Jacky...- próbowałam go obudzić - Jacku Wilshere wstawaj!
- Co jest, nie bij, mamo, Wojtek mnie bije. - Wymamrotał Jack. Współczuję jego przyszłej dziewczynie.
- Jack wstawaj bo nie ręczę za siebie!
- O, Jess. Przepraszam, miałem jakiś koszmar. Nie pamiętam tylko jaki.
- Taki, że bił Cię Szczęsny, a ty wołałeś o pomoc. Dodam jeszcze, że wołałeś mamę. - zrobiłam minę lekarza w szpitalu dla - nieładnie mówiąc - czubków. Tak, mówiłam wolno i wyraźnie. Z nim tak trzeba bo nie przetwarza za szybko informacji.
- Nie mów nikomu, dobrze? - zrobił proszącą minę. Ma ładne oczy. To trzeba mu przyznać.
- Niech ci będzie Jack, ale idź już na śniadanie - popędziłam go i poszłam za nim do kuchni.

Podczas śniadania czułam się niezręcznie. Wzrok Aarona wędrował po całym moim ciele. Nie było to przyjemne. Próbował patrzeć mi w oczy, jednak ja odwracałam głowę. Przypominał mi Thomasa. Nie. Koniec. Nie mogę pozwolić sobie na łzy w takim momencie. W tej samej chwili dostałam wiadomość od Any. Prosiła bym jak najszybciej przyjechała do naszego domu. Próbowałam pożegnać się i jak najszybciej zwiać, jednak Aaron wpadł na genialny pomysł odwiezienia mnie do domu. Jest niedziela rano, mały ruch w Londynie. Może to dobry pomysł? Aaron dowiezie mnie na miejsce zdecydowanie szybciej, a przecież zależy mi na czasie.  Pożegnałam się całusem w policzek z Jackiem, jego przyjaciel zlustrował mnie wzrokiem.. Wsiedliśmy do jego samochodu.
- jakie masz zamiary względem Jacka? - hmm.. dość dosadnie, nie powiem.
- Jack jest niesamowitym człowiekiem - udawany zachwyt? Czemu nie. Teraz chwila prawdy, czy uwierzy?
- Czyli jednak..- tak jest! Mogłabym być aktorką.
- Jednak co?
- Nic. Nieważne. - Teraz uwaga, panie i panowie pierwsza lekcja manipulacji za nami. Pan Ramsey nie jest zachwycony tym, że jestem zainteresowana jego przyjacielem. Dlaczego? Oceńcie sami.
Gdy byliśmy pod moim domem podziękowałam grzecznie Walijczykowi i udałam się na górę.

*****


- Ana? Jesteś? Już wróciłam.
- Cześć Jessico- Zamiast Any ujrzałam faceta około czterdziestki. Który zamiast ubrania miał opasany ręcznik wokół bioder. Chwila.. To ten facet z klubu. Ten z obrączką. Jego kpiący uśmieszek podirytował mnie do tego stopnia, że miałam ochotę napluć mu w twarz. Co za irytujący typek.
- Dla pana Pani Sokolovski - Mocno zaakcentowałam końcówkę wypowiedzi.
- Och przepraszam, że Panią uraziłem. - odpowiedział kpiąco. No jak nic prosi się o kopnięcie w krocze. Niestety nie jestem zameldowana w tym mieszkaniu, bo od razu bym to zrobiła i oskarżyła go o nachodzenie czy coś w tym stylu. Dlaczego nie mam znajomego prawnika? W tym momencie ujrzałam Anę.
- No nareszcie bo bym rozniosła tego twojego żigolaka.
- Jess, musimy porozmawiać.
- mów, tylko szybko bo jestem padnięta.
- Będziesz musiała się wyprowadzić. - żadne słowa nie opiszą mojej miny w tym momencie. Było to zdziwienie połączone ze złością.
- Kiedy? - duma nie pozwalała mi na żadną inną odpowiedź.
- Dzisiaj. - nie wiem jakie ta dziewczyna ma priorytety ale okej.. O żadnych negocjacjach nie ma mowy. Nie będę się przed nią płaszczyć. Jest południe. Gdzie teraz będę mieszkać? Nie wiem.. Zatrzymam się na jakiś czas u Jacka. Muszę znaleźć pracę, co nie jest łatwe w Londynie. Nie ma miejsc nawet na zmywaku w pubie.. Dobra, nieważne, potem będę miała dużo czasu na zastanawianie się. Nie zabiorę się z tymi walizkami metrem. Nie mam innego wyjścia jak zadzwonienie po Jacka.

*****

- Jacky, kochany jesteś wiesz? - zrobiłam maślane oczy do piłkarza
- Wiem Jess, ale nie musisz tak na mnie patrzeć, to nie jest żaden problem, żebyś u mnie przez jakiś czas pomieszkała, naprawdę. - uśmiechnął się pocieszająco. Usiadłam obok niego na kanapie.
- Wiesz co Jack? Aaron chyba myśli, że nas coś łączy.
- Chyba nam to nie przeszkadza?
- Nie, ale chciałam, żebyś wiedział. - uśmiechnęłam się. Nie wiem co Jack kombinuje, ale ufam mu. Wiem, że mnie nie skrzywdzi, a tym bardziej nie pozwoli żeby ktoś inny to zrobił. Zastanawia mnie zachowanie Aarona. Jest dziwny. Czasem nie potrafi oderwać ode mnie wzroku, zaś innym razem zachowuje się na mój widok jakby zobaczył zjawę. Sama nie wiem co o nim myśleć. Ma w sobie coś, co mnie przeraża. Jest jakaś cząstka tego Ramseya która do mnie nie przemawia. Nie wiem dlaczego. Gdy wbija we mnie wzrok czuję dziwny strach. Przypomina mi właśnie jego...


___________________________________________________________

 Jest i 2. Po dwóch miesiącach, ale jednak :) Straciłam wenę, więc przepraszam za beznadziejność tego rozdziału... Zapraszam do komentowania :)

Pozdrawiam, Wolfie :*










1 komentarz:

  1. Okej, Wojtek jest zabawny, normalnie nic tylko go wyśmiać XD Co do reszty, Jack to nie taki zły chłopak, w ogóle wydaje się sympatyczny, jak go kreujesz. Co do Aarona... do niego mam słabość, więc tutaj też tak jakoś...
    Zresztą, niezłą historię stworzyłaś ;)
    Pozdrawiam.
    http://love-or-hate-fanfiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń